MOJE DZIECI z SG i Epi...

Matka Polka na świadczeniu;)

Mamo....mamo.....mamo.....

Mamo..mamo...mamo..nareszcie chwila spokoju..dziewczynki są w przedszkolu...starsza córka w szkole....mąż w pracy....jaka cisza i spokój...nareszcie ...

Kocham swoje dzieci...ale.....ale.....

Ostatnio bardzo często znajomi i mniej znajomi zadają mi pytanie: Jak Ty sobie radzisz? ..jak ogarnąć trójkę dzieci w tym dwójkę tak chorych?...jak?

Moi drodzy gdyby odpowiedziała super to byłoby za prosta odpowiedź a ktoś jeszcze by w to uwierzył;)

Jako mama radzę sobie z bezradnością, bezsilnością i niemocą tak samo jak każdy ..wkurzam się! nie odzywam się! albo nadmiernie sprzątam mieszkanie!!! jak każda z nas...i biję się z myślami i kłócę z Panem Bogiem...i mi lepiej....czasami obrywa się domownikom..starszej córce i ojcu dzieci chyba najbardziej:(((

I to nie łatwe ... bo potem mam wyrzuty sumienia ze mi nie wolno....

ale emocje są przewartościowanie najbardziej racjonalnie jak się tylko da....dzięki terapii ...dzieki osobie do której jeźdżę...która nauczyła mnie radzić sobie ze wszystkimi emocjami...i jako z tym wszystkim żyć...ta osoba to:

....Dr Filip Buczyński..franciszkanin...teolog,założyciel Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia..

(wykładowca Wydziału Nauk Społecznych Instytutu Psychologii KUL;Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie;Przewodniczącym Ogólnopolskiego Forum Pediatrycznej Opieki Paliatywnej;Członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego;Odznaczony przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi;Ambasador Lubelszczyzny w 2008 roku).

Ojciec Filip to wspaniały człowiek, zakonnik który co dwa tygodnie wysłuchuje jak się użalam nad sobą, płaczę w rękaw i rozwiewa moje wszystkie wątpliwości życiowe...uczy jak żyć ... jak się nie poddać...na codzień spotyka się z dziećmi bardzo chorymi ich rodzicami i niestety ze śmiercią dzieci...także lepiej nie mogłam trafić;))))

 

I wcale się nie wstydzę tego, ze chodzę na terapię....bo załamać się tak łatwo ale kto potem zajmie się moimi dziećmi..no kto?...dziadkowie?...rodzeństwo?...każdy deklaruje pomoc ale tak naprawdę nie wie jak wygląda życie z chorymi dziećmi codziennie..kiedy każda noc jest przesypiana w strzępach...kiedy codziennie stać na uszach żeby się nie poddać:) Znam mnóstwo rodziców dzieci przewlekle chorych, z nowotworami, padaczkami, paraliżami i 1/2 to ludzie naprawdę wspaniali, cieszący się dzieckiem takim jakim ono jest ...a druga połowa to ludzie którzy  się poddali...narzekający, ze mają jedno tak chore dziecko, niezadowoleni z życia...i w mojej ocenie cholernie opychający, nie chce się z nimi gadać:(((

Każdy z nas wybiera sobie jakim chce być rodzicem...ale od tego CHCE zależy wszystko, co dobre dla naszych chorych dzieci:) uwierzcie mi bo naprawdę wiem co piszę:)))